wtorek, 30 czerwca 2015

Rynsztok

W dzisiejszych czasach alkohol i inne używki stały się bardzo popularne i łatwo dostępne wśród młodzieży.  Chyba większość czytelników tego bloga wie jak smakuje alkohol i jakie ma działanie.
Historia Marka nie jest odosobniona.
Mamy takie czasy a nie inne. Zdrowy, inteligentny chłopak z perspektywami na przyszłość, który kiedyś gardził ludźmi którzy jarą trawkę i piją niemalże codziennie, a także przyjmują inny syf. Nie lubił po prostu tej części środowiska. Do pewnego momentu w swoim życiu. Już wcześniej odwracał się od ludzi albo nie pozwolił im wchodzić do swojego życia. Wielu z nich nie traktowało go poważnie, był skazany na siebie. Kiedy stracił osobę, która kochał ponad życie już nic dla niego się nie liczyło, zwalił rok w szkole, zaczął się powoli staczać. Jego ostatnia nadziej na lepsze jutro zgasła jak niedopałek papierosa.
Uświadomił sobie, że na świecie nie ma nic co boli bardziej niż kłamstwo i brak zaufania. Zwłaszcza kłamstwo osoby którą kochasz i której ufasz. Ich kłamstwa bolą nas najbardziej, jak miłość do nich.
Patrząc wstecz, myślę, że było by super wrócić do tamtych chwil. Mieć Ją znów przy sobie, nie bać się o jutro i śmiać się z każdego żartu. Rozmawiać dniami i nocami. Czuć, że to wszystko ma jakiś większy sens. Lecz po chwili przychodzi olśnienie, że kosztem tych wzlotów była by powtórna porcja rozczarowania.  Uświadamiasz sobie, że dla Ciebie już nie ma, a ze sobą zabrałaś kawałek mnie. Byłem tuż obok, czekałem na czekałem na znak, czekałem na Ciebie. Wystarczył jedne gest, jedno słowo, a znów moglibyśmy walczyć o lepsze jutro i podbijać świat. Uprzedzany poprzez przyjaciół, że to wszystko może mieć złe skutki, lałem na to. Ja na prawdę długo czekałem i się łudziłem, że znów usłyszę Twój głos. Niestety nic takiego nie miało miejsca. A ukojenia zaczęła przynosić konopia i jej właściwości. Dzięki niej, zacząłem nowe życie. Przestałem o Tobie myśleć, nie chciałem do Ciebie pisać. Dotarło do mnie, że to nie dzięki temu, to wszystko siedział od początku w mojej głowie. A ja mimo tego iż byłem karcony jak pies, miałem nadzieję. Przecież mogłem o Tobie zapomnieć kiedy tylko chciałem. Zapomniałem, lecz wtedy byłem już w rynsztoku i pojawiłaś się właśnie Ty, kompletnie znikąd.
Dla Ciebie było już za późno. Twój czas minął. A ja postanowiłem dalej jarać, do tego dochodziło niemalże codzienne picie piwka. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki minął miesiąc. A ja coraz bardziej oddaliłem się od niektórych osób. Lecz zostali przymnie Ci najbardziej zaufani, niepodatni na sugestie innych.
Wychodziłem coraz to częściej z koleżkami, od tamtej pory zaczęło się rodzić coraz więcej plotek i niedomówień odnoście mojej osoby. Ludzie zaczęli odwracać ode mnie na ulicy wzrok. Strasznie mnie to frustrowało, ale nie postanowiłem zostawać dłużny i odpłacał im tym samy.  Tak mi mijały, dni, godziny, doby, dni. Robiłem to z czystej potrzeby, wiedziałem sam, że upadam coraz bardziej na dno. Z którego i tak pewnie się podniosę. Zawsze wychodziłem z takiego założenia. W rozmowie z jedną z sióstr zakonnych usłyszałem, że próbuję świadomie popełnić samobójstwo. Śmiałem się z tego, lecz przez pryzmat czasu zaczął zauważać, że na prawdę tak się dzieje.


Pojawiła się Monika, którą właśnie poznałem poprzez chłopakom, kiedyś natknęliśmy się na nią w jednym z naszych stałych miejsc do "medytacji". Z początku była nieufna, ludzi, którzy zauważyli, że zaczęła się ze mną spotykać zaczęli ją uprzedzać. Wręcz ostrzegać przed moją osobą, mówili jej, że jestem wstanie wyrządzić jej wielką krzywdę.
Sam decydując się na znajomość z Moniką nie sądziłem, że będę potrafił jeszcze kiedykolwiek będę w stanie się tak zaangażować. Tak absolutnie i bezwarunkowo, że narodzi się we mnie coś nowego niż oczekiwałem. Nie brałem nawet tego pod uwagę po wcześniejszym związku a jednak życie mnie zaskoczyło. Zdementowałem plotki na mój temat i dalej to robię. Ta kobieta dała mi tyle ciepła, okazała tyle zrozumienia, ile w życiu nie dostałem. Wydaje się, że znamy się krótko a wie o mnie więcej niż wiele moich przyjaciół. Nie boję się jej zaufać i powiedzieć co się dzieje w moim życiu.
Ona mnie na próbuje zmieniać, po prostu ma na mnie dobry wpływ. nie rozkazuje a rozmawia i prosi. Mimo tego jaki jestem zaakceptowała mnie z całą moją złożonością, nieprzewidywalnością, ognistym temperamentem, ze wszystkimi moimi wadami. Nigdy nie patrzyłem na człowieka pod pryzmatem plotek, ani wiary. W końcu takie zachowanie do mnie wróciło. A Monika pojawiła się w ostatniej chwili, jak koło ratunkowe dla osoby która już prawie utonęła.



Wychodzi z tego jeden morał, czytelniku pamiętaj. Nie bądź nigdy zbyt pewny siebie, czasami nawet najtwardsza sztuka potrzebuje wsparcia i pomocy. Pamiętajcie o umiarze w niektórych rzeczach, nie krzywdźcie siebie na wzajem.

Pozdrawiam. Kamil :)















sobota, 20 czerwca 2015

Just be who you are.

 Często zastanawiałem się jak to jest możliwe, że osoby które kiedyś blisko ze sobą związane, później coraz bardziej oddalone od siebie stają się znów bardzo dobrymi znajomymi.
Otóż jest to możliwe, sam ostatnio stworzyłem podobne relacje. Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś będę mógł się tak dogadywać z osobą która tak wiele dla mnie znaczyła. 
 

Prawdą jest to, że gdybym mógł cofnąć czas zrobił bym to bez wahania. Ale tak to już jest, że nie zmienimy tego czemu nadaliśmy bieg. Każdy z nas ma jakieś wspomnienia z przeszłości do których chętnie by powrócił. Dla tego też nie da się ukryć – niesamowicie kochamy przeszłość i minione chwile. Wspominamy. Jesteśmy bardziej sentymentalni, niż stare babcie na fotelach bujanych i przy każdej możliwej okazji lubimy sobie opowiadać o tym, jak to było cudownie. Kiedyś, rzecz jasna.
Nie lubię, kiedy ludzie mówią o tym, jakie to dzieciństwo jest beztroskie i bezproblemowe. Bo nie było stresu, oddawania projektów na czas, nauki, egzaminów... tylko zabawa. Za 10 lat te osoby będą wspominać z rozrzewnieniem studia, bo nie trzeba było pracować, martwić się, czy nie zwolnią cię z pracy, spłacać kredytu itd. Najlepsze jest to kiedy rodzice myślą, że nie masz nic na głowie a tymczasem masz wiele spraw. Począwszy od nauki kończąc na związku, właśnie kiedy się jest nastolatkiem przeżywa się te najpiękniejsze chwile, niewinne spacery, pocałunki.
W dzisiejszych czasach nie jest gorzej, po prostu jest inaczej. Przecież nie możemy stać w miejscu.
Ja lubię sobie powspominać i poprzeglądać stare zdjęcia, ale gdyby nie ten cały (też technologiczny) postęp, nowe doświadczenia, ludzie, nawyki i tryb życia, to byłoby nudno. Bez zdjęć było by 100x trudniej wspominać nam chwile które zacierają się w naszych umysłach. Na dużo rzeczy wbrew pozorom may wpływ. I nie narzekajmy za dużo a wszystkim będzie się żyło lepiej.



Do czego zmierzam.
W filmach i książkach miłość nadchodzi niespodziewanie. Nadchodzi jak grom z jasnego nieba, tylko, że zamiast torebki i portfela zabiera serce.  Ludzie się poznają przypadkiem, na ulicy, imprezie, szkole i z dnia na dzień nie mogą bez siebie żyć, zachowując się jak dwie jemioły żerujące na sobie.
Zawsze to TA PIERWSZA MIŁOŚĆ będzie dla nas wiele znaczyła i choćby waliło się i paliło to i tak zawsze sobie pomogą. Mówi się, że człowiek kocha dwa razy. Pierwszy raz to ta pierwsza miłość a druga to ta z którą spędziło się resztę życie. Frustrujące jest czasami jak kobiety przebierają w moim gatunku. Każda kobieta ma swoją wizję prawdziwego faceta. Jedne lubią umięśnionych Alvaro, znakujących teren potem w trakcie wyciskania sztangi, inne przepadają raczej za wokalistami rockowych zespołów, a kolejne mdleją, gdy chłopak pisze im wiersze i czyta na głos spokojnym głosem, siedząc w wannie wypełnionej płatkami róż. Szkopuł polega na tym, że to nie jest definicja faceta. To definicja kogoś, kto ci się podoba. Bo widzicie, problem w charakteryzowaniu prawdziwego mężczyzny jest jeden: nie chodzi o wygląd. Chodzi o to, jaki jest.

                                                 Zdaję sobie sprawę, że decyzja o odejściu od kogoś, kogo kochasz – nawet, gdy jest potworem  jest cholernie trudna. Wyobrażam sobie, że łatwo jest mówić komuś z boku „zostaw go”, a trudniej jest rzeczywiście to zrobić. Sam przerabiałem coś takiego. Podejmowałem wiele pochopnych decyzji których później żałowałem. Wierzę.  Ale jak tu stoję, to wiem, że każdy z was zasługuje na kogoś, kto naprawdę się wami zajmie i was pokocha w prawidłowy, a nie chory sposób. To nie jest tak, że zrezygnujecie z tego związku i będziecie do końca życia samotne. Nie ma szans. Sam tak myślałem, ale to jest do dupy. My single nie możemy wychodzić z takiego założenia. I wiecie co?
Czasami lepiej na pewien czas skończyć ze złamanym sercem niż męczyć się w jakimś związku. Kluczowe jet aby pamiętać, że nikt nam nie da miłości, jeżeli sami siebie nie kochamy i nie akceptujemy takimi, jakimi jesteśmy.Ludzie wchodzą w zawiązki, żeby zapełnić pustkę, którą noszą w sobie, a potem są rozczarowani, że ktoś nie spełnia ich wymagań, albo do końca wierzą, że partner się zmieni.

Ludzie ciągle powtarzają: bo związek to sztuka kompromisu! Tyle tylko, że kompromis może być w przypadku, kiedy on woli słuchać głośno muzyki, a ty prosisz, żeby kupił słuchawki. Albo kiedy jedno zmywa podłogę, a drugie odkurza. Lub gdy prosisz kogoś, aby zaczął coś odkładać na swoje miejsce lub starał się nie gadać tylu negatywnych rzeczy. TO jest kompromis.
Proszenie o to, aby ktoś całkowicie się zmienił, bo nie podoba ci się jak wygląda albo jak się zachowuje, to zwykłe kretyństwo. Albo z kimś jesteś i go akceptujesz, albo… po prostu nie tworzysz z nim związku. Proste. Jak drut. Prędzej wyrośnie na dłoni mi kaktus niż jakiś facet zmieni  się o 180 stopni pod namową swojej kobiety.

Kończąc moje wywody, powiem krótko, żyjcie tak jak by jutra miało nie być i nie załamujcie się.
Pozdrawiam Kamil :3














sobota, 6 czerwca 2015

Człowiek o dwóch twarzach


"Jest nas dwóch jeden uprzejmy i ułożony, drugi nie przystosowany nieco wykolejony [...] "
 Nadchodzi taki czas, kiedy dokonujesz pewnych decyzji które rzutują na tym jak będzie postrzegana twoja osoba poprzez innych ludzi. Właśnie o tym będzie dzisiejszy wpis, od przeszło dwóch i pół tygodnia obserwuję zmiany jakie dokonują się w okół mojej osoby. Jakiś czas temu chodziłem na spotkania KSM ( Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży) , która wpajała doskonałe jeszcze wtedy wartości, lecz coś się zmieniło. Kiedy przestałem pojawiać się na tych spotkaniach, przez ludzi którzy mieli styczność z tą grupą lub dalej do niej należą jetem traktowany jak jakiś trędowaty, na szczęście nie wszyscy z nich tacy są. Tu nie chodzi o oddawanie jakiegoś specjalnego szacunku, tu chodzi tylko o zasady, które były przekazywane na spotkaniach. Scenariusz się powtarza, kiedyś też wolałem chodzić z kumplami na piwo i włóczyć się pod most. Nie przeczę, że nie śmieli się z tego, że wybieram inną opcję spędzania piątkowego popołudnia ale to akceptowali i nasz kontakt dale był taki sam, niezmienny. Ostatnio postanowiłem wrócić do tych samych ludzi z którymi wcześniej przebywałem, i nie spotkałem się z czymś takim, co miało miejsce później.Ostatnio postanowiłem wrócić do tych samych ludzi z którymi wcześniej przebywałem, i nie spotkałem się z czymś takim, co miało miejsce później.  Chodzi tu o zasady. Nie lubię przewracania oczami na mój i widok i jak ktoś coś szepce sobie o mnie w zasięgu mojego wzroku kiedy to robi jak tego nie widzę, to przeżyję to.  Ale takie zachowanie jest bardzo niestosowne, nie chcę aby rzucano mi się na szyję itp, itd. Chodziło tylko o głupie "Cześć, Hej". Teraz mam to głęboko w dupie i nie mam zamiaru nic mówić.

Wczoraj czarka goryczy się przelała, podczas powrotu do domu spotkałem pewne koleżanki, jedna z nich była bardzo zaskoczona moją nagłą "przemianą" i od razu wdała się ze mną w dyskusję.
Ciekawiło ją jak to jest, że ktoś taki jak ja. Ma na myśli, udzielanie się przy kościele (wcześniej), spowiedź, mszę i wyprawy na pielgrzymki do Częstochowy, dziwiła się jak ktoś tak "religijny" tak to raczej ujęła, przychodzi do takich miejsc i nie stroni od różnego rodzaju używek. Sam początek był najlepszy, czemu chodzę do kościoła i do spowiedzi obiecując poprawę robiąc dalej to samo. Bez większej trudności udzieliłem odpowiedzi jak jest, na jej własnym przykładzie. Chodzi do kościoła i do spowiedzi obiecując poprawę a tak na prawdę po tej obietnicy robi dokładnie to samo a kto wie, może nawet gorsze rzeczy. Pod koniec wykazała się nietaktem i zaczęła robić sobie ze mnie żarty,których nie lubię kiedy rozmawiam z kimś na poważne tematy.

Nie ważne jest to jak postrzegają Cię inni ludzie, ważne jest to w jaki sposób z nimi rozmawiasz.
Często tak jest, kiedy dwie skrajne grupy są obecne w pewnej niewielkiej społeczności. Tylko nie zawsze się widzi, że jedna z tych grup jest spychana na margines społeczny i nie próbuje się zrozumieć tych osób, kiedy tak na prawdę są oni bardzo inteligentnymi ludźmi.
Nie widzi się problemów w swojej własnej grupie, natomiast aby móc chcieć umoralniać innych trzeba zacząć od samych siebie. A nie wyciągać pochopne wnioski, jak to ma miejsce.
Równie dobrze możemy porównać to samo do niewinnego dziecka, które boi się odezwać, żeby nie powiedzieć czegoś niewłaściwego/nietaktowanego, w obecności pewnej osoby. Bo kiedy wyraziło by się jakąkolwiek opinię o "TEJ" osobie człowiek ten byłby na językach ludzi z całej parafii, postrzegany jako ta czarna owca. Mi to szczególnie nie przeszkadza, ale współczuję niektórym ludziom którzy znają prawdę a nie mogę nic powiedzieć w obawie o swoje imię. Zamiast wpajania wartości bez pokrycia, tysiąc razy lepiej było by skonfrontować się twarzą w twarz zamiast popadać ze skrajności w skrajność, wszyscy jesteśmy ludźmi, jesteśmy tacy sami. Nie dzielimy się na nadludzi i podludzi, powtarzam to jeszcze raz JESTEŚMY LUDŹMI i popełniamy błędy. Każdy bez wyjątku, nie ma ludzi bezbłędnych. Trzeba o tym mówić i pisać bo problem rzeczywiście jest ogromny, a w społeczeństwie tworzą się coraz większe przepaści między pewnymi grupami ludzi.
Myślę, że problemów obcych ludzi nie naprawimy, bo to jest niemalże nie wykonalne! Możesz coś poradzić drugiej osobie, nakierować ale nigdy nie pomóc w stu procentach. Dla tego nie bójmy się wyjść z inicjatywą i w NIEKTÓRYCH przypadkach schować swoją dumę do kieszeni.


Dzisiaj dajmy na to, nie mam ochoty nigdzie wychodzi, siedzę w piżamie. Mam ochotę coś zniszczyć. Czasami mam już wszystkiego dość i chciałbym wszystko zostawić i gdzieś stąd uciec jak najdalej. Z tego powodu aby się oderwać choć na chwilę od "problemów" i trosk dnia codziennego, wychodziłem z kolegami na miasto. Ale dzisiaj na prawdę chcę odpocząć w zaciszu domowym, pośród muzyki.

Pozdrawiam.
Kamil.