W nocy z 13 na 14 wraz z grupką moich znajomych wybieramy się w Ekstremalną Drogę Krzyżową na trasie Lublina - Wąwolnica ( 44km ).
Wspaniała inicjatywa, pierwsza edycja takiej Drogi Krzyżowej w Lublinie. Kiedy tylko usłyszałem o zapisach bez chwili wahania wypełniłem formularz zgłoszeniowy i napisałem do znajomych.
Oznajmiłem wszystkim, że się wybieram. I tak coraz bardziej zbliżałem się do dnia wymarszu. Aż nadszedł. Piątek 13-marca około godziny dwudziestej pierwszej z pod Klasztoru Ojców Dominikanów wyruszyliśmy, każda grupa w odstępach 2 minutowych. Sama podróż przez Lubi na tasie Stare Miasto - Czuby zajęła nam ponad dwie godziny, kiedy oddalaliśmy się od miasta czuło się zmianę atmosfery, ale w tym pozytywnym sensie. Podróż mijała w ciszy, za mną i jak i przed byli ludzie którzy podążali w jednym kierunku. Marsz był spokojny, dopiero około godziny 01:00 wkroczyliśmy w drogę gruntową, leżało tam błota, a trasa w tamtym momencie stała się bardziej wymagająca. W tamtej chwili uświadomiłem sobie, że dla mnie dopiero rozpoczyna się Droga Krzyżowa. Od godziny 02:30 do ok. 3:20 zaczął padać deszcz też który nie pomógł, błoto stało się bardziej grząskie i na swojej drodze mieliśmy znacznie więcej kałuży. W pewnym momencie straciłem świadomość, byłem jak zahipnotyzowany. Kiedy zaczęło świtać poczułem się lepiej, wyłączyłem moją czołową latarkę a drogę zaczął oświetlać mi blask nieba. Trasa już nad ranem zaczęła robić się łagodna w porównaniu z tym co było w samym środku nocy.
W pewnej grupie postanowiłem się podzielić świadectwem z tej "wędrówki" , dla tego też postanowiłem podzielić się nią z Wami.
Oto moje świadectwo.
" Witam wszystkim.Od samego początku strasznie się napaliłem na to przeżycie, czytałem różne artykuły oraz oglądałem zdjęcia z innych EDK. Już idąc w kierunku drugiej stacji dokładnie na krakowskim przedmieściu spotkała nas grupka nastolatków która chciał „pomóc” nam nieść krzyżyk. Towarzyszyli ludziom do drugiej stacji na KUL’u wchodząc tam z przysłowiowym „darciem mordy” i nabijaniem się nie szanując tego co robimy. Takie zachowanie nie bardzo mnie zdziwiło bo przywidywałem taki scenariusz. Poza tym był piątek i młodzież wychodziła do klubów. Do godziny drugiej w nocy nie czułem zmęczenia, odmawiałem różaniec i dawałem rade. Dopiero w okolicach godziny czwartej, zaraz po tym domku letniskowym gdzie była kawa i herbata była to VII lub VIII stacja. Pamiętam ,że już wtedy było ze mną kiepsko, idą w milczeniu modliłem się aby to skończyło się jak najszybciej. Moment od godziny 4 do 6 pamiętam strasznie słabo, trudno jest mi to opisać słowa ale było tak jak by stracił świadomość. Już po godzinie szóstej było lepiej, zaczęło robi się widno, wszystko budziło się do życia, łącznie z moją motywacją. Byłem jak zombie, niektórzy z was powinni kojarzyć takie zwariowanego brata z pielgrzymki – to byłem ja. Ten który zawsze ma uśmiechniętą minę, zawsze żartuje ze wszystkimi i ogólnie nie ustoi w jednym miejscu.
Jednak z tego pielgrzymkowego zachowania nie zostało praktycznie nic, w połowie trasy nabrałem większej pokory do siebie. Wiedziałem , że jest to „droga bez powrotu”, nie mogę się poddać, przecież Jezus wycierpiał znacznie o wiele więcej ode mnie. Właśni w tamtej chwili jestem w stanie sobie wyobrazić. Przed IX stacją miałem momenty krytyczne, nie chciało mi się iść robiłem to tak mozolnie , zwątpienie nie opuszczało mnie niemal na krok. To tam pojawił się jedne z kryzysów. XI stacja, tam zaczął się ostry ból prawej stopy. Wtedy pojawił się drugi kryzys, myślałem, że już nie dojdę, po prostu mnie. Myliłem się, po jakichś 40 minutach ból ustał - przeszło „samo”, postanowiliśmy sobie z Bartkiem, że odmówimy sobie półgłosem różaniec który dał nam WIELE SIŁY. Idą i mijając kolejne grupy, postanowiliśmy z wolnego marszu ruszyć do biegu, i przebiliśmy tak z 200-300m zostawiając za sobą zdziwionego Dominikanina.
Sami nie mogliśmy w to uwierzyć, że mimo tak wielkie zmęczenia daliśmy radę biec.
W tamtym momencie w głowie miałem fragment rozważania z IX stacji. „Właśnie tam - << na granicy>> zwycięstwo od porażki oddziela bardzo niewielka linia.”
Idąc jak kaczka trafiłem do XIV stacji Drogi Krzyżowej. Uklęknąłem, pomodliłem się, wysłuchałem rozważania. Czułem się spełniony, zadowolony z siebie ,że dałem radę. Drogo do Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy, przestała być męczona, nie miałem siły żeby jęczeć, jedyne uczucie które mi towarzyszyło do końca drogi to radość, ledwo wyczuwalny ból który ignorowałem ze łzami radości.
I tak zakończyła się moja Ekstremalna Droga Krzyżowa. Jestem pewien, że gdyby nie modlitwa i różaniec. Nie dał bym rady ! "
Mimo bólu nóg i zmęczeniu dotarłem do celu ! :)
Moi drodzy, kiedy usłyszycie o czymś takim jak Ekstremalna Droga Krzyżowa, przemyślcie poważnie decyzję o wybraniu się na nią. Oczywiście zachęcam do tego każdego kto czuje się na siłach.
Pozdrawiam serdecznie.



Super świadectwo! Fajnie, że dzielisz się Swoimi przeżyciami z innymi.. .daje to do myślenia.. pomaga wielu osobom :) Teraz żałuję, że nie poszłam na EDK.
OdpowiedzUsuń